2 w 1, czyli o Cyprze słów kilka [Cypr 1/4]

Po pół roku erasmusowania i wyprawie po Maroko, trzeba było wrócić do Polski i co gorsza – zostać dorosłym, pracującym człowiekiem. Jak to u pracującego człowieka bywa, długość wakacji jest dość ograniczona długością przysługującego urlopu (która nie powala, zwłaszcza u progu ‘kariery’). Gdzie tu się wybrać, żeby nie było nudno, było ciepło i dało się zwiedzić większość najważniejszych punktów w 9 dni? W połączeniu z korzystną ofertą lotów od Ukraine International Airlines odpowiedzią na te pytania stał się Cypr.

.Początek

Bladym świtem zjawiamy się na lotnisku. Lecimy do Kijowa, tam przesiadamy się i lecimy dalej do Larnaki. Na miejscu jesteśmy ok. 13 miejscowego czasu. Od razu uderza nas fala gorąca. Ale cóż, chcieliśmy ciepło, to mamy. Dopiero po kupnie biletów przeczytaliśmy w różnych poradnikach internetowych, że najgorszym miesiącem na odwiedzanie Cypru właśnie ze względu na niesamowite upały jest sierpień… Ale przecież damy radę!

Łapiemy stopa do Limassol w niecałe 5 minut. Trochę dziwnie się stoi po drugiej stronie drogi (ruch lewostronny). Ilja, sympatyczny młody Rosjanin, podrzuca nas do samego centrum. Jesteśmy trochę zmęczeni podróżą, więc mimo, że tutejsza plaża nie jest najpiękniejsza, postanawiamy przyjąć na chwilę pozycję horyzontalną. Po krótkim odpoczynku idziemy na spotkanie z naszą hostką z Couchsurfingu. Śpimy u Anny i Vlada, pary Ukraińców którzy ‘złowieni’ przez cypryjskich rekruterów przeprowadzili się tam za pracą. Tego dnia spacerujemy, zwiedzamy ‘starówkę’ i próbujemy nie umrzeć z gorąca w nocy. Samo miasteczko nie jest najpiękniejsze, ale to dobry punkt wypadowy w inne miejsca.

Następnego dnia mamy plan, żeby zobaczyć słynną Blue Lagoon. Dostać się tam nie jest łatwo, jesteśmy gotowi na ewentualność długiego marszu przez chaszcze. Na szczęście autostop nas nie zawodzi. Pierwsza podwózka to raptem 5 km, ale w następnym samochodzie poznajemy Elenę i Marinosa, którzy akurat tego dnia chcieli zrobić sobie wycieczkę na Blue Lagoon. Marinos jest marynarzem (z takim imieniem nie miał chłopak wyboru :D) i niedługo znów wypływa na półroczny rejs, więc z Eleną chcą wykorzystać czas, jaki mają razem przed rozłąką. Na szczęście chyba uznali, że nasza obecność nie zrujnuje im całkowicie randki i spędzamy razem bardzo fajny dzień. Elena opowiada trochę, jak to jest z tymi Grekami i Turkami na Cyprze. Otórz Turkom nie wolno przekraczać granicy na grecką część. Grekom granicę przekraczać wolno, ale i tak tego nie robią. Cytując Elenę: „Nie chcemy tam jeździć. Nikt nie chce oglądać swojego domu, z którego został wyrzucony, zamieszkanego teraz przez jakichś Turków”.

Po drodze na Blue Lagoon zwiedzamy bazylikę Agios Georgios i plażę Lara, na kórej żółwie morskie składają jaja. Co prawda żółwi (ani jaj) nie ma, ale i tak jest za*******e.

Bazylika Agios Giorgios

 

Blue Lagoon jest naprawdę blue!

Blue Lagoon pomimo tłumu ludzi i statków wycieczkowych robi na nas spore wrażenie. A możliwość schłodzenia się w wodzie baaardzo nas cieszy… co tu dużo mówić. Bez Eleny, Marinosa, i ich auta 4×4 raczej nie dalibyśmy rady. Dostać się tam można z Łaźni Afrodyty płatną taksówką (wodną lub lądową), lub pieszo jakieś 5 km w jedną stronę (mapka na dole wpisu). Początkowo taki był nasz plan, co to dla nas taki spacerek, ale na miejscu okazało się, że zapylona i zakrzaczona droga, w 40-stopniowym upale jakoś nie zachęca do spacerów. A dzięki naszym nowym znajomym podjechaliśmy wygodnie pod samą plażę. Farciarze z nas! Wracając z Blue Lagoon zahaczyliśmy o wspomniane wcześniej Łaźnie Afrodyty, które we wszystkich przewodnikach figurują jako absolutny ‚must see’. Nam jednak nie wydają się szczególnie warte uwagi.

Następnego dnia, już z plecakami, wybieramy się w góry Troodos. Znowu mamy szczęście – Anna i Vlad wypożyczają auto i jadą tam na wycieczkę, zabierając nas ze sobą. Spacerujemy po górach, objadamy się pysznymi winogronami i specjałami z piekarni mijanej po drodze. Znajdujemy też kilka nieczynnych wejść do tuneli, ale postanawiamy tym razem ich nie zwiedzać.

Runie, czy nie runie?

Po południu żegnamy się z Anną i Vladem, oni wracają do Limassol, a my zostajemy na campingu w górach. Camping jest całkiem przyjemny, a wieczorem zamienia się w wielką imprezownię. Jest tam mnóstwo ludzi i ognisk. Jest to dla nas też pierwsza noc, kiedy nie budzimy się z gorąca, a nawet jest trochę chłodno (!).

Następnego ranka zjeżdżamy z gór i kierujemy się na północ do Nikozji, żeby tam przekroczyć granicę i dostać się do tureckiej części Cypru. Tym razem podwożą nas Anna i Mohammed z małym pieskiem Simoną. Mohammed jest śmieszkowatym gadułą, więc mamy wesoły dzień. Po drodze zatrzymujemy się w małym miasteczku Kakopetria na jedzenie i spacer. W knajpce poznajemy rumuńskiego kelnera, który jest jeszcze większym śmieszkiem. Mamy bardzo wesoły dzień 🙂 Miasteczko jest przeurocze, bardzo je polecamy na krótki przystanek.

Docieramy do Nikozji i przekraczamy granicę bez większych problemów. Mamy chwilę na zobaczenie jedynej na świecie podzielonej stolicy. Przejście graniczne na środku ulicy, barykady i mury w poprzek dróg i domów w środku miasta tworzą ciekawy krajobraz.

Uliczki Kakopetrii

 

Meczet w Kakopetrii

 

Niby jeden blok, a dwa państwa.

 

Trasa opisana w tym wpisie

 

O tym, co zobaczyliśmy po tureckiej stronie Cypru oraz o bardzo nietypowym Couchsurfingu przeczytacie w następnym wpisie [klik].

Dodaj komentarz