Skąd się bierze kawa? – SALENTO

Salento to malutkie miasteczko w regionie Eje Cafetero. Liczy jedynie 7 tysięcy mieszkańców, a jest drugą najbardziej popularną kolumbijską atrakcją turystyczną. Brzmi jak horror pełen Januszy? Okazuje się, że wcale nie. Jednym z dwóch głównych powodów przyjazdu do Salento jest odwiedzenie plantacji kawy, a że w okolicach jest ich sporo, turyści rozpierzchają się i nie czuć, że miasteczko jest przeładowane.

Dzień na plantacji

Opcji wycieczek na planację jest wiele: jedno, dwu, trzygodzinne. My stwierdzamy, że albo grubo, albo wcale i idziemy na cały dzień. Umawiamy się z Paolą, Hiszpanką podróżującą samotnie po Ameryce Południowej, którą poznaliśmy kilka dni wcześniej w San Cipriano. Paoli się poszczęściło i znalazła Couchsurfing u właścicieli jednej z farm, około 40 minut pieszo za Salento. Właśnie tam mamy okazję spędzić cały dzień i nauczyć się o procesie powstawania kawy. A jako, że ta opcja nie jest ogłoszona w internecie, jest nas tylko nasza 3 i Pedro, który wyjaśnia co i jak.

Pierwszym etapem są zbiory owoców kawy. Przez około godzinę chaszczujemy po krzakach w poszukiwaniu tych czerwonych kulek. Nie jest łatwo, bo mimo, że owoce można zbierać cały rok, to tylko przez 3 miesiące w roku krzaki obradzają obficie. W pozostałe miesiące trzeba się trochę naszukać, żeby zerwać tych kilka dojrzałych sztuk z każdego krzaczka. W każdym owocu są dwa białe ziarnka, w przezroczystym, słodkim miąższu. O ile wiedzieliśmy, że ciemny kolor ziaren bierze się z późniejszego prażenia, to o tym, że owoce kawy są po prostu smaczne nie mieliśmy pojęcia. Każdemu z nas udało się uzbierać cały koszyczek – możemy przechodzić do następnego etapu.

Poza sezonem trudno o więcej czerwonych owoców na jednym krzaczku
To jest Paola. Skubana, zbierała najszybciej
Ostatecznie udało się wszystkim

Na specjalnej maszynie wyłuskujemy ziarna i oddzielamy od reszty owocu. Teraz należy przez ok. 2 tygodnie suszyć ziarna na słońcu, co jakiś czas mieszając. Nie mamy 2 tygodni, żeby czekać, aż nasze wyschną, dostajemy więc zastępczo trochę już wysuszonych. W końcu mamy zrobić kawę w 1 dzień.

W międzyczasie Pedro chwali się jeszcze swoją hodowlą robaczków. Na farmie nic się nie marnuje i skórki oraz miąższ owoców są przerabiane przez robaki, które produkują w ten sposób ziemię służącą za nawóz pod uprawy.

Wyłuskiwanie ziaren
Dziewczyny pracują, a Michał fotografuje…
Robaki pracują całą dobę, bez prawa do urlopu

Kojarzycie te hasła z reklam typu „Ze specjalnie wyselekcjonowanych ziaren powstaje nasza najlepsza kawa”? To teraz jest na to czas. Przeglądamy wysuszone ziarna i wywalamy te nieregularne, za ciemne lub po prostu brzydkie. I w kolejnej maszynce obdzieramy je ze skórek. Później, do oddzielenia ziaren od tych wysuszonych skórek wykorzystywana jest bardzo zaawansowana technologia, wykorzystująca wiatrak i 2 wiadra. Przesypuje się powoli ziarna z jednego wiadra do drugiego, a wiatrak zdmuchuje skórki na bok.

Specjalna selekcja
Zaraz nastąpi brutalne obdzieranie ze skóry
Następuje
Owoc (czerwony), wyłuskane ziarna (jasne) oraz suche ziarnko bez skórki (ciemne)

Zostało już tylko uprażyć nasze zbiory. Powinniśmy to robić na piecu, ale coś nie chciał się rozpalić. Żeby było szybciej, prażymy na kuchence gazowej mieszając jak szaleni, żeby wszystko się równomiernie zbrązowiło. My robimy kawę średnio wyprażoną, więc już po kilku minutach możemy zdejmować misę z gazu. Mielimy swoje wyroby o niepowtarzalnym zapachu i degustujemy na tarasie przy zachodzie słońca. Nie jesteśmy znawcami kawy, nie opiszemy tu niesamowitych nut smakowych i aromatów, możemy za to napisać, że wyszła dobra 🙂 Dla porównania degustujemy jeszcze mocno wyprażoną kawę. Mi bardziej pasuje ta druga, ale żeby się upewnić, wypijam jeszcze kilka filiżanek każdej z nich, co oczywiście kończy się bezsennością.

Prażymy!
Mielimy, aż wióry lecą
Gotowe do degustacji
Z takim widokiem rozpuszczalna też by pewnie smakowała
Kotu chyba też przydałoby się trochę kofeiny…

Valle de Cocora

Drugim powodem przyjazdu do Salento jest odwiedzenie pobliskiej doliny Cocora, porośniętej przez charakterystyczne, bardzo wysokie palmy (sięgające do 80 metrów). Dolina jest własnością prywatną, więc właściciel wyciął wszystkie pozostałe drzewa, przez co palmy wyglądają jeszcze bardziej imponująco. Nie chcąc ograniczać się tylko do krótkiego spaceru po dolinie, wybieramy się na dłuższy spacer szlakiem sendero de agua, który podobno miał dokądś prowadzić i mieć jakiś cel. Nie miał. Skończyło się tym, że przez parę godzin wchodziliśmy pod górę (1000 metrów przewyższenia), bez ani jednego punktu widokowego, tylko po to, by potem zejść. Jedyną zaletą tego rozwiązania było to, że do Valle de Cocora dotarliśmy na zachód słońca, a zachód słońca zawsze spoko. Także dolinę Cocora polecamy, ale sendero de agua już w ogóle nie.

Niezłe dryblasy
Oraz że Cię nie opuszczę…

Salento

Samo miasteczko też zdecydowanie warto odwiedzić. Jest bardzo kolorowe, trochę zakrawa o kicz, ale jest bardzo spójne i w tych wszystkich kolorowych dekoracjach na elewacjach, na swój sposób – urocze. Jest bardzo spokojnie i można wypić tam pyszną kawę. Bardzo odpowiadał nam też klimat – w dzień ciepło i słonecznie, a wieczorem chłodno. Miła odmiana po Cali, z którego przyjechaliśmy i gdzie jest gorąco przez całą dobę. Generalnie polecamy, nie tylko miłośnikom kawy. Chociaż tym na pewno spodoba się dużo bardziej.

Uliczka Salento
Absolutnie wszystkie domy mają wyraziste akcenty kolorystyczne
A niektóre wyglądają jak chatki z bajki

 

Dodaj komentarz